Rodzinna uczta w Fukuyama.
Kiedy bylam w Japonii mieszkalam glownie w Tokio. Jednak czas jakis spedzilam rowniez w miescie Fukuyama, niedaleko Hiroshimy.
W Fukuyama mieszkaja moi wielcy i kochani japonscy przyjaciele, wlasciwie moja japonska rodzina. Yoshi, jego rodzice i bracia z rodzinami, maly Yuya, super dzieciak i Toshie, najfantastyczniejsza, najcieplejsza Japonka pod sloncem, wesola jak ptaszek.
Kiedy musialam wyjechac z Fukuyama, wyprawiono dla mnie male rodzinne przyjecie i wszyscy poszlismy do mojej ulubionej restauracji. Nie pamietam jak sie nazywa, musze zapytac Yoshiego... ale dla mnie jest to restauracja 3 kucharzy...jeden z nich przypomina zawodnika sumo, jest przemily i dobry i ciagle sie usmiecha... a jedzenie robi...poezja!!!
Drugi kucharz jest niewielkiego wzrostu, ale za to chodzi w geta na 10 cm koturnach! Geta, czyli drewniane klapki, wygladaja jak te z osiemnastowiecznych japonskich drzeworytow. On porusza sie w nich niczym kot. Ja przymierzalam, ale nie moglam utrzymac rownowagi. I to nie z powodu ilosci wypitej przeze mnie sake...

Oto kucharze Duzy i Geta, a ten maly chlopiec co robi mine to Yuya, lat 6. Jestesmy kumplami :).
Trzeci kucharz to wlasciciel i charakteryzuje sie tym ze uwielbia jedzenie, sake w duzych ilosciach oraz swojego psa, ktory wyglada niczym kosmita.

Obaj troche kosmiczni, ale pierwszorzedni. Piesek to okaz spokoju i przeslodkie stworzenie.
Rodzinna kolacja byla fantastyczna. Zjedlismy kopy ryb i wypilismy morze sake, umeshu (to glownie pilam ja jako dziki fan umeshu) oraz zielonej herbaty i Calpis water (to dzieciaki pily).

Jedlismy sushi i sashimi, salatki z kraba i ogorkow, zupe, tempure, ryby w marynacie podobne do naszych sledzi w occie i mnostwo innych potraw.

To jadlam ja...
Po jedzeniu pozostaly puste naczynka i mile uczucie sytosci...i troche smutek, bo nastepnego dnia rano musialam wyjechac....... Lubie Fukuyama.