Cafe de Crie w Ebisu.
Kiedy mieszkalam w Tokyo, wiekszosc czasu spedzalam sama, chodzac po miescie, robiac zdjecia, studiujac, pracujac nad projektem lub zajmujac sie pracami domowymi i mini zakupami. Moj takemniczy pan K byl w pracy cale dnie a wracal do domu bardzo pozno, wlasciwie w nocy. Tak wiec sama chodzilam na kawe lub herbate do malych kawiarni w Tokyo...

Cafe de Crie w Ebisu... w sumie niespecjalnie ladna kawiarnia ale...spedzalam tam milo czas, piszac lub czytajac, obserwujac ludzi.

Do kawiarni w Tokyo przychodzi zdumiewajaco wiele osob samotnych i stoliki sa jakby specjalnie dla nich przygotowane. To ciekawe...

Japonczycy pija swoje kawy, jedza ciastka, czytaja, mysla... Sa w swoich wlasnych swiatach. Samotne wyspy... Podobalo mi sie, ze wszyscy wygladali tak spokojnie, tak zen. Nikt sie nie wydzieral, nie smial glosno, glosno nie rozmawial. Wszyscy za to sprzatali po sobie, zanosili tace z pustymi szklankami i talerzykami do okienka zaplecza gdzie obsluga myla naczynia. To milo ze tak robia.
Lubilam tam siedziec i czuc sie anonimowo... Nikt sie na mnie nie patrzyl jak na dziwo natury, moglam czuc sie swobodnie i japonsko. Tylko kiedy zamawialam kawe, kelnerka zawsze robila okragle oczy ze zdziwienia, bo zamawialam napoje i ciacha po japonsku. Japonska kawa jest smaczna i delikatna w smaku. Nie za kwasna i nie za gorzka. Taka lubie. Kiedy jest goraco, szklanka kawy mrozonej to prawdziwa przyjemnosc...zwlaszcza pita z dodatkiem syropu cukrowego. I kiedy Ken byl ze mna...